Jak wyłoniło się stanowisko amerykańskiego komisarza ds. cyberbezpieczeństwa w obliczu rosnących zagrożeń cyfrowych

9

Tytuł brzmi jak zaczerpnięty z powieści szpiegowskiej. „Cybercar” Ale w maju 2009 roku był to prawdziwy wakat w administracji Obamy. Potrzebowali osoby, która chroniłaby sieci komputerowe w kraju. Obama nazwał je „strategicznymi aktywami narodowymi”. Chciał powołać krajowego doradcę ds. cyberbezpieczeństwa. Cel był prosty: powstrzymać hakerów. Zatrzymaj szpiegów. Zapewnij bezpieczeństwo infrastruktury cyfrowej.

To nie był nagły pomysł. Waszyngton mówi o tym od kilku lat. Problemem tym zajmowała się już w 2007 roku grupa analityków z Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS). Ich konkluzja była ponura. Sieci komputerowe są podatne na ataki. To już nie jest tylko problem technologiczny. To jest kryzys bezpieczeństwa narodowego.

Hakowanie było kiedyś hobby. Teraz jest to przemysł. Opłacalne i okrutne. Twoje dane są gdzieś tam. Swobodnie pływające. Ryzykowne. Kradzież tożsamości jest poważnym zagrożeniem. Istnieje również ryzyko utraty pieniędzy. FBI odnotowało straty w wysokości 264,6 miliona dolarów w wyniku oszustw internetowych w ciągu zaledwie jednego roku – 2008. To prawdziwe pieniądze. Prawdziwe życie, które zostało zakłócone. Rząd ma o wiele więcej do stracenia niż tylko numer Twojego konta bankowego. Przechowują tajne dane. Tajniki. Plany obronne. Dlatego Departament Obrony USA zaplanował utworzenie nowego amerykańskiego Centrum dowodzenia cybernetycznego. Aby walczyć.

I wtedy nadszedł 4 lipca 2009 roku.

To był Dzień Niepodległości. Ale Internet był atakowany. Strony internetowe w USA i Korei Południowej odniosły poważne straty. Metodą była odmowa usługi (DoS). Wyobraź sobie, że most jest zapełniony tak dużym ruchem, że nikt nie może go przekroczyć. Właśnie to robią te wirusy. Awarują strony internetowe. Wyłączają je. Tymczasowo.

Kto to zrobił? Korea Północna. A przynajmniej była główną podejrzaną. Korea Północna nie słynie z osiągnięć w dziedzinie wysokich technologii. Ale to ona została oskarżona o ataki na co najmniej dziewięć stron internetowych rządu USA. Znasz te duże witryny. Biały Dom. Ministerstwo Finansów. Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Ironią losu było to, że to NSA miała przejąć nowe Cybernetyczne Centrum Dowodzenia. Ta ironia nie mogła pozostać niezauważona przez nikogo.

W Korei Południowej ponad 20 witryn było przeciążonych. Ta sama taktyka. Ten sam wynik. Chaos.

Czy jeden haker może mieć moc zniszczenia sieci całego kraju?

Tak.

Estoński precedens

Można by pomyśleć, że to coś nowego. Ale to nieprawda. Spójrz na Estonię.

Estonia to mały kraj bałtycki. Sprawny technicznie. Z priorytetem cyfryzacji. W 2007 roku otrzymali potężny cios. W wyniku skoordynowanego cyberataku. Banki przestały działać. Usługi rządowe zniknęły. Serwisy informacyjne zniknęły. Trwało to kilka tygodni.

Dlaczego? Z powodu sporu politycznego. Rosja i Estonia spierały się o radziecki pomnik. Pomnik rozebrano. Rosjanie wpadli we wściekłość. Zaatakowali także cyfrowy fundament Estonii.

To okazało się czymś krytycznym. Nie potrzebujesz armii, żeby obalić kraj. Potrzebujesz tylko kodu. I motyw.

Scenariusz natychmiastowej cyberapokalipsy nie ziścił się, ale potyczki trwają, a ich uczestnicy stają się coraz bardziej profesjonalni. Pamiętajcie o skoordynowanych atakach na infrastrukturę Stanów Zjednoczonych i Korei Południowej 4 lipca 2009 roku. Nie była to odosobniona porażka. To był zwiastun.

Zmieniają się zasoby ludzkie wspierające tę działalność. Wielu najbardziej wykwalifikowanych operatorów pochodzi obecnie z Rosji i byłych republik radzieckich. Ten niuans geopolityczny ma znaczenie, zwłaszcza gdy spojrzymy na faktyczny upadek krajowej sieci energetycznej Estonii w 2007 r. Stawka polityczna była wysoka. Konsekwencje cyfrowe są poważne.

Początki estońskiego oblężenia

W marcu 2009 roku 22-letni Rosjanin Konstantin Gołoskokow przyznał się do organizowania grupy prokremlowskich sojuszników. Dwa lata wcześniej przeprowadzili cyberataki na estońskie strony internetowe. Iskra była fizyczna. Wiosną 2007 roku w Tallinie wybuchły zamieszki po przeniesieniu przez urzędników państwowych pomnika radzieckiego żołnierza z brązu upamiętniającego II wojnę światową.

Rosyjscy lojaliści postrzegali przeprowadzkę jako bezpośrednią obrazę roli Związku Radzieckiego w wojnie. Kiedy przemoc uliczna ucichła, konflikt przeniósł się do Internetu. Według zeznań Goloskokowa on i jego wspólnicy przesyłali ogromne strumienie danych na serwery estońskiego rządu, banków i mediów. Rezultatem był sporadyczny, ale krytyczny dostęp do Internetu od 26 kwietnia do 18 maja 2007 r.

Jak działają rozproszone ataki typu „odmowa usługi” (DDoS).

Wirtualna inwazja na Estonię opierała się na atakach typu rozproszona odmowa usługi (DDoS). Koncepcja jest prosta, ale destrukcyjna. Hakerzy korzystają z komputerów innych osób, często rozproszonych po całym świecie, aby zalać cel ruchem.

Proces rozpoczyna się od aplikacji zombie. Są to złośliwe oprogramowanie, które omija zabezpieczenia lub tworzy backdoory. Gdy hakerzy przejmą kontrolę nad tymi zaatakowanymi maszynami, organizują je w botnety. W przypadku Estonii ogromne botnety wysyłały skoordynowane pakiety danych powodujących awarię do serwerów internetowych. Serwery po prostu nie były w stanie wytrzymać obciążenia.

Skala była oszałamiająca. Jak podaje „The New York Times”, ilość danych odpowiadała uruchamianiu całego systemu operacyjnego Windows XP co sześć sekund przez 10 godzin. Szkody finansowe i operacyjne były natychmiastowe. Hannabank, największa instytucja finansowa w Estonii, straciła około 1 miliona dolarów. Posłowie stracili dostęp do poczty elektronicznej na cztery dni. Wstrzymana została praca najważniejszych służb.

Implikacje dla nowoczesnych sieci

Goloskokov argumentował, że jest to nieposłuszeństwo obywatelskie, a nie przestępstwo. Klasyfikacja nie zmienia wyniku. Incydent udowodnił, że mała, odległa grupa może sprawować znaczną władzę.

Estonia jest jednym z najbardziej połączonych cyfrowo krajów na świecie. Już w 2000 roku rząd uznał dostęp do Internetu za podstawowe prawo człowieka. Jednak atak ujawnił lukę w zabezpieczeniach. Jeśli tak łatwo połączony kraj można zniszczyć, co stanie się z większymi, mniej złożonymi sieciami? Na przykład Stany Zjednoczone stoją przed jeszcze poważniejszymi konsekwencjami. W miarę jak hakerzy doskonalą swoje umiejętności i narzędzia, ochrona infrastruktury cyfrowej staje się codzienną walką, a nie teoretycznym ćwiczeniem.

Co się stanie, gdy zawiedzie infrastruktura

Atak na Estonię był kontrolowanym zakłóceniem dostępności zasobów cyfrowych. A co jeśli porażka będzie całkowita?

Jeśli Internet przestanie działać, wszystko, co jest oznaczone jako „sieć”, „chmura”, „inteligentny” lub „online”, przestanie działać. Większość nowoczesnych aplikacji opiera się na zawsze aktywnym połączeniu. Bez tego są bezużyteczne. Banki, służby ratownicze i łańcuchy dostaw staną w obliczu natychmiastowego paraliżu.

Nasuwa się częste pytanie: Czy rząd może wyłączyć Internet? W Stanach Zjednoczonych nie ma prawa przyznającego władzom federalnym władzę nad dostawcami usług internetowych (ISP) bez nakazu sądu. Istniejące przepisy dotyczące usług informacyjnych mogły nieumyślnie uniemożliwić prawne wyegzekwowanie prawdziwego wyłącznika awaryjnego w Internecie. Jednak fizyczne uszkodzenie infrastruktury lub ukierunkowane kampanie DDoS mogą osiągnąć podobne wyniki bez działań legislacyjnych.

Lekcja z 2007 roku nie jest taka, że ​​świat się kończy. Chodzi o to, że fundament współczesnego życia jest kruchy. Zbudowaliśmy cywilizację na kodzie. Teraz musimy zdecydować, czy ten kod jest wystarczająco silny, aby go utrzymać.

Przejście od haktywizmu do wojny sponsorowanej przez państwo

Narracja o cyberwojnie zmieniła się radykalnie w 2009 roku. Przestała opowiadać o znudzonych nastolatkach w ich sypialniach, a zaczęła przypominać zorganizowaną strategię geopolityczną. Punktem zwrotnym nie było jedno konkretne wydarzenie, ale zbiór incydentów, które zmusiły rządy do uznania kruchości ich infrastruktury cyfrowej.

Weźmy atak na Estonię. To nie był tylko hałas. Reuters podał, że do ataku przyznał się lojalista Kremla. Przesłanie było jasne: to była zemsta. Estonia przeniosła swój pomnik z czasów sowieckich, co w odpowiedzi spowodowało cyfrowe oblężenie. Strony rządowe przestały działać. Banki przestały działać. Serwisy informacyjne zniknęły. To był pokaz siły, a nie zwykły wandalizm.

4 lipca i erozja zaufania

Potem przyszedł lipiec. Od 4 lipca strony rządowe są blokowane przez cyberataki na dużą skalę. Termin nie został wybrany przypadkowo. Dzień Niepodległości. Symbolika nie mogła pozostać niezauważona przez nikogo. „Huffington Post” relacjonował chaos w miarę jego rozwoju. Usługi krytyczne zostały zatrzymane. Zaufanie społeczne zostało zachwiane.

Nie były to odosobnione awarie. To był skoordynowany wysiłek. Skala wskazywała dostępność zasobów przekraczającą możliwości grup amatorskich. To było jak próba do czegoś większego. Test tego, jak daleko może się posunąć jeden kraj, zanim mrugnie drugi.

Hakerzy dorośli

Kevin Poulsen w Wired ujmuje to bez ogródek: hakerzy dorośli. Era samotnych wilków piszących kod w Pythonie dobiegała końca. Wyłaniało się nowe pokolenie. Lepiej finansowane. Bardziej zdyscyplinowany. Mniej zainteresowany sławą, bardziej zainteresowany wynikami.

Nie chodziło już tylko o hakowanie systemów. Chodziło o wytrwałość. O pozostawaniu niewykrytym podczas wysysania zasobów. O zrozumienie, że prawdziwym polem bitwy nie jest kod, ale ludzka reakcja.

Komisarz ds. cyberbezpieczeństwa i kwestie prywatności

Rząd USA zareagował. Prezydent Obama mianował nowego „komisarza ds. cybernetyki”. Cel? Koordynacja. Ochrona. Utworzenie specjalnej agencji do zwalczania zagrożenia. Ale był haczyk. Zwolennicy prywatności uważnie słuchali.

Kim Zetter w Wired poinformował, że nowy mianowany obiecał nie szpiegować w Internecie. Ta obietnica była kluczowa. Jeśli rząd zacznie obserwować w celu zapewnienia ochrony, zacznie także obserwować w celu uzyskania kontroli. Granica między obroną a inwigilacją jest cienka. Bardziej subtelne, niż wielu sądzi.

Dlaczego to ma teraz znaczenie

Często myślimy o cyberbezpieczeństwie jako o problemie technicznym. To jest błędne. To jest problem polityczny. Ataki w Estonii i Stanach Zjednoczonych to nie tylko awarie systemów informatycznych. Były to incydenty dyplomatyczne odnotowane w logach serwera.

Lekcja jest prosta, ale nieprzyjemna. Suwerenność cyfrowa jest iluzją. Twoje dane są przechowywane na serwerach, nad którymi nie masz kontroli i chronione przepisami, których nie napisałeś. Kiedy państwa atakują, nie wysyłają żołnierzy. Wysyłają paczki. I nie można zamknąć drzwi przed paczką.

Hakerzy dorośli. Rządy ich dogoniły. Ale co z prywatnością? Jest nadal swobodnie dostępny.